Zawod: Wiedzma. Cziic I - Страница 33

Изменить размер шрифта:

– Jak smakowicie pachnie! – Zachłannie wąchałam jasny dymek wydobywający się z długiej jamy z żarem, nad którą męczyło się mięso nadziane na cienkie metalowe rożny o drewnianych rączkach. Dookoła jamy, przerzucając się dowcipami, kłębiły się pełne życia i głodne wampiry – kucharz nie nadążał z wymianą szpikulców.

– Dziwnym zbiegiem okoliczności wszyscy magowie, którym zdarzyło się do tej pory odwiedzić Dogewę, byli z przekonania wegetarianami – złośliwie poinformował mnie wampir.

– Guzik mnie obchodzi, z kogo ten schabowy – uparłam się. – Ja chcę jeść i mój rozwijający się organizm domaga się mięsa. Jeżeli nie masz kurzego skrzydełka, to może być udko z panny. Tylko dobrze wysmażone i niezbyt tłuste. Ja tu sobie postoję w cieniu, a ty idź i poproś, żeby ci kawałek dali, władcę powinni obsłużyć bez kolejki.

Na widok zbliżającego się energicznym krokiem Lena rozmowy i śmiechy ucichły. Tłum z namaszczeniem cofnął się, przepuszczając go do ogniska. Wyglądało to tak, jak gdyby przy knajpie zmaterializował się któryś z bogów, zostawił gromy i pioruny przy wejściu i poprosił o kufel piwa i sucharki. Kaprys jego boskości został natychmiast spełniony.

– Udka panien się skończyły – poinformował mnie Len, uroczyście wręczając mi rożen z kilkoma kawałkami soczystego mięsa naszpikowanego czosnkiem i przełożonego cebulą. – Nie masz nic przeciwko polędwicy z barana? Doskonale. W kieszeni mam chleb. Co prawda mam go tam od dawna… Potrzymaj moją porcję.

Uwolniwszy ręce, Len wyciągnął z kieszeni coś w szmatce, na którą oboje zapatrzyliśmy się z widocznym przerażeniem. Najwyraźniej w dalekiej przeszłości, jeszcze przed epoką lodowcową, ten koszmarny placek był pajdą żytniego chleba, już w tamtych czasach czerstwego. Kurz stuleci osiadał na dziełach sztuki, potężne cywilizacje pojawiały się i znikały bez śladu, trzęsienia ziemi, powodzie i pożary co jakiś czas powodowały szkody rolnicze, a chleb przez cały ten czas leżał i leżał w kieszeni, czekając na swoją chwilę. I oto wybiła jego godzina! Chleb triumfalnie objawił się naszym oczom, wywołując krańcowo sprzeczne uczucia.

– A fuj! – powiedział wreszcie Len, w ten krótki sposób wyrażając swoje zdanie na jego temat.

– Prawdziwy antykwariat – potwierdziłam. W nierównym świetle ognisk chleb migotał wszystkimi odcieniami zieleni, jak krasnoludzki ser. – Chodź, podarujemy go jakiemuś żebrakowi.

– Tak niewybredni żebracy długo nie żyją. Zaproponowałam nakarmienie chlebem najbardziej zaciekłego wroga, ale Len uznał, że to niehumanitarnie – koniec końców, nie jesteśmy barbarzyńcami, więc po co się tak znęcać nad biedakiem w naszym postępowym stuleciu łamania kołem? Nie znalazłszy odpowiedniego zastosowania tego unikalnego produktu, wyrzuciliśmy go w krzaki i zajęliśmy się poszukiwaniem spokojnego miejsca do rozprawienia się z szaszłykami.

– Chodź! – szepnął Len, ciągnąc mnie za róg najbliższego domu. Długo kręciliśmy się po wąskich uliczkach, aż dotarliśmy na udeptany placyk ze wszystkich stron otoczony wysokimi krzakami. Na ziemi leżał wygładzony bal, a przez nierówny otwór w gałęziach było doskonale widać plac. – Doskonale, jesteśmy pierwsi! Jeżeli ktoś zacznie się przedzierać przez krzaki, będziemy pełnym głosem wydzierać się, że zajęte!

– Chodź, kochanie, tu już zajęte! Jakieś świnie zagarnęły nasze miejsce! – wyraźnie wysyczał w krzakach męski głos, smutno westchnął kobiecy, trzasnęła gałąź i wszystko ucichło.

– Sam jesteś świnia! – półgłosem burknął Len. Usłyszano go, i, mało tego, rozpoznano, w związku z czym doleciało nas stłumione stęknięcie i tragicznie urwane “Proszę o wybaczenie!", noszące pewne podobieństwo do przedśmiertnego jęku.

– I po co w ten sposób? – wyraziłam delikatny sprzeciw.

– A co, ja niby nie jestem wampirem? Nie mam prawa posiedzieć w krzakach z dziewczyną? – uśmiechnął się on, błyskając kłami.

– Ale-ale! – pogroziłam wampirowi prętem. – Ojej, a tam się co dzieje?

Moją uwagę przykuło dziwaczne przedstawienie, które właśnie zaczynało się na placu – a dokładniej na kawałku odgrodzonym linami, akurat naprzeciwko naszej jadalni. Po placyku bezdźwięcznie krążyły dwa skrzydlate cienie. Cienie właśnie – szybkość i płynność ich ruchów nie miały nic wspólnego z kanciastą niezdarnością żywych istot. Karmazynowe odblaski płomieni trzepotały na ostrzach gwordów. Rzadki dzwon uderzającego o siebie żelaza wywoływał falę przestraszonych westchnień wśród widzów, trzymających się w pełnej szacunku odległości od ogradzającej liny.

Walka nie skończyła się, a jak gdyby urwała w najbardziej napiętym momencie. Sędzia – jeżeli takowy w ogóle był – nie dał żadnego znaku, by skończyć pojedynek, obaj przeciwnicy pewnie stali na nogach, ale z jakiegoś powodu jednocześnie opuścili broń i sztucznie uśmiechnęli się do siebie, połyskując kłami. Po chwili pauzy jeden z walczących wyprostował się i podniósł gword nad głowę. Tłum zakrzyknął z zachwytem.

– A jak oni ustalili, kto zwyciężył? – szeptem spytałam Lena. – Nawet się nie zadrasnęli!

– Zadrasnęli i to nie raz. Po prostu się nie zdradzili, więc ty nie zauważyłaś. Oni wcale nie muszą walczyć aż do porażki. Zgodnie z regułami dogewskimi walczy się do określenia bardziej doświadczonego wojownika. Wtedy słabszy po prostu opuszcza krąg i jego miejsce zajmuje inny pretendent.

– Tak po prostu opuszcza? Nie tryska śliną i nie klnie? I nie musicie odciągać zwycięzcy za kołnierz? Dziwne, niby tak zaciekle walczyli… Patrz, nikt się nie spieszy, by zastąpić tego, który odpadł! To najlepszy mistrz gworda w Dogewie, zgadza się?

Len zamyślił się na chwilę i otrzymałam starannie sformułowaną odpowiedź.

– Tak – spośród tam obecnych.

– Len, a nie chcesz sprawdzić swoich młodych mięśni? Masz szansę zrobić na mnie wrażenie – zaproponowałam głosem kokietki.

– Bef fenfu – niewyraźnie wymruczał Len, wgryzając się w mięso. – Juf if fffyftkif raf w tym roku zwyfięfyłem, pfed wiofną nikt więfej fię nie zgłofi… Ffyba fe na tre-ningaff…

– Ale macie głupie zasady! Trzeba bardziej polegać na losie. Nawet najsilniejszy przeciwnik ma słabe miejsce. Cały wic polega na tym, że trzeba to miejsce znaleźć za pierwszą próbą – bo drugiej może już nie być. Jeżeli łatwo się wkurza – doprowadź go do wściekłości, jeżeli kuleje -więcej biegaj, jeżeli boli go ząb – celuj w ząb. – Otaksowałam Lena spojrzeniem, wymownie zatrzymując wzrok poniżej pasa. – Oczywiście, istnieją też ogólnie znane miejsca…

– Dobrze rozmawiać o bitwie, siedząc w krzakach. Zobaczymy, jak poradzisz sobie z prawdziwym przeciwnikiem – spoważniał wampir, na wszelki wypadek zakładając nogę na nogę.

– Z potworem?

– A chociażby i z nim.

– Jeden dosyć ważny drobiazg, Len – skorygowałam go. – Do walki z potworem potrzebny jest potwór.

– Myślisz, że nie istnieje? – nachmurzył się wampir.

– Nie, mówię tylko, że w tej chwili nie ma go w okolicy.

– Znaczy się, możesz odjechać z czystym sumieniem? – przedwcześnie ucieszył się Len.

– Mogę, ale nie chcę. – Wpakowałam do ust ostatni kawałek mięsa, przeciągnęłam się i westchnęłam z zadowoleniem. – Gdzie jeszcze będę mogła świętować taką Dobrą Noc?

– Nie macie nocnych świąt?

– Czemu nie, mamy. Noc Świętego Złąki albo Skarbokwiecień. Ale to na samym końcu kołośnia, jeszcze nieprędko.

– I jak go świętujecie? – Len również rozprawił się z baraniną i wsadził pusty szpikulec w koniec bala. Poszłam jego śladem. – Trzeba nie zapomnieć ich jutro zabrać.

– Różnie. Skaczemy przez ognisko, mażemy dziegciem cudzą bramę. Szukamy legendarnego kwiatu paproci, na wyścigi z siłą nieczystą, która jakoby rzuca uroki i wabi ludzi w leśne gęstwiny i bezdroża. A ja jestem pewna, że poszukiwaczy po kilku kielichach prowadzi w gęstwiny nie leszy, tylko ich własne nogi.

– Cóż, na pewno nie pozwolę ci smarować wrót dziegciem. Ale paproci mamy od groma. Znam polankę z masą tego świństwa – zaproponował Len.

– To na co czekamy? Chodź szukać kwiatka! – zapaliłam się, skacząc na nogi. Miałam chronicznego pecha w noc Świętego Złąki – albo deszcz padał, albo akurat skręciłam nogę, albo jutrzejsze kolokwium mi nie dawało spokoju. Więc czemu nie przenieść tamtej nocy na bardziej pasujący mi termin?

Оригинальный текст книги читать онлайн бесплатно в онлайн-библиотеке Knigger.com