W krainie kota - Страница 18

Изменить размер шрифта:

Weterynarz pokiwał głową i wręczył mi cztery złociste pigułki. Miałam Kotykowi dawać co dzień jedną, powtarzając przy tym słowo: „Kaph”.

– Że jak? – zdziwiłam się. – Jakie „kaf”, dlaczego,,kaf’?

– Kot nadstawia uszu, słysząc to słowo, i bezwiednie połyka pigułkę, choć normalnie usiłowałby ją wypluć, a nawet mógłby niechcący ugryźć panią w palec… – poinstruował mnie weterynarz.

– Coś podobnego… – zamyśliłam się. – Czego też ci naukowcy nie wymyślą. Żyjemy w przeciekawych czasach.

– To bardzo stara wiedza, a nie nowa – pokręcił głową lekarz, pożegnał się i poszedł.

O dwunastej piętnaście zatelefonował Adam.

– Odwołałem tego weterynarza. Dałem znać na pogotowie dla zwierząt, że jest już niepotrzebny, bo Kot zdrowieje.

– Zadzwoniłeś za późno, bo i tak był. Ale nie wziął honorarium – odparłam.

– Jakiś uczciwy człowiek – powiedział Adam. – Pewnie nie zdążyli go powiadomić, że wizyta odwołana.

– Być może. Adam, czy ty pamiętasz jakichś ludzi o nazwisku Cesarz?

Adam parsknął śmiechem.

– Nie i nie chciałbym się tak nazywać. Brzmi zbyt dostojnie. Czemu pytasz?

– Bo ja skądś znam tego weterynarza i on powiedział, że poznaliśmy się u Cesarzowej.

– Aha. A pamiętasz, że gdy sprowadziliśmy się tu, na osiedle, to musieliśmy po kolei składać wizyty u prawie wszystkich mieszkańców, bo taki tu obyczaj? W ciągu paru miesięcy złożyliśmy tych wizyt chyba z setkę. Być może byli tam jacyś Cesarzowie. Pewnie więc nadal są, ale my nie bierzemy udziału w życiu towarzyskim osiedla. Może to źle? Choć gdy patrzę na naszą najbliższą sąsiadkę, to mam odmienne zdanie…

Zachichotałam i odłożyłam słuchawkę. Potem z ciekawości zerknęłam do książki telefonicznej. Nie, żadni Cesarzowie nie mieszkali na naszym osiedlu, choć mieszkało tu aż czterech Królów. „Pewnie panu doktorowi, z powodu zaawansowanego wieku, pomyliły się tytuły…” – zaśmiałam się.

Resztę dnia spędziłam między Jonykiem, Kotykiem, ogrodem i komputerem. Tę okropną, zagadkową przygodę 1 jej groźne konsekwencje chyba mieliśmy już za sobą, a Kotyk z każdą chwilą dochodził do zdrowia. Jonyk zaś – cóż za mądre Dziecko! – w ogóle nie rozdrapywał gojących się zadrapań, zresztą na noc założyłam mu na rączki dwie miękkie, frotowe skarpetki. Był tylko zły, bo nie mógł łapać kocura za ogon…

Оригинальный текст книги читать онлайн бесплатно в онлайн-библиотеке Knigger.com