Samotnoic bogow - Страница 53

Изменить размер шрифта:

– Cieszę się, że wróciłeś, mój synu i że stało się to właśnie teraz – westchnął stary kapłan. – Wioska tak się zmieniła przez ten czas, gdy pobierałeś nauki w Dalekim Kraju. Ledwie ją poznasz. Kapłan Isak też by jej nie rozpoznał. Szkoda, że zabłądził w Puszczy i zniknął w dniu twoich narodzin. To był dobry człowiek, choć zadawał zbyt wiele pytań i często się wahał, co nie uchodzi misjonarzom…

– Podobno lubił moją matkę – wtrącił Bogumił.

– Podobno – powtórzył jak echo Ezra.

– …i ojca – dokończył młody mnich.

– Niewiele pamiętam. To odległe czasy. Czasy pogaństwa i ostatnich bałwanów. A ta Droga, Bogumile, łączy nas ze światem. Świat już wcześniej, za naszą sprawą, zaczął wpływać na Wioskę dobroczynnie. Wkrótce wszędzie będzie już tylko jeden Bóg i jeden Kościół, a wszyscy ludzie, w każdym zakątku Ziemi, będą braćmi, jak ty i ja. I zatriumfuje, Bogumile, Cywilizacja Miłości. Lecz to dopiero nadejdzie, na razie nasza misja nie jest zakończona. Jesteśmy w pół Drogi, trzeba nam jeszcze stu, może dwustu lat. Musimy pozbyć się jeszcze wielu wrogów, nawet spośród nas samych i nawrócić wiele narodów, wciąż wielbiących bałwany i tkwiących w grzechu pogaństwa. Poprosiłem hierarchów, żebyś mógł wrócić do Wioski, bo wkrótce ktoś będzie musiał mnie zastąpić. Jak widzisz, mało mam sił, a trzeba ciągle być czujnym, by ten nieokrzesany, niedawno nawrócony kraj nie zawrócił z drogi cnoty i Cywilizacji. Ty jesteś do tej misji najlepszy, bracie Bogumile, gdyż tu się urodziłeś, znasz słabości ludu, a zarazem nie mają do ciebie dostępu heretyckie wątpliwości – zakończył Ezra, patrząc z dumą na szeroki trakt, który łączył Wioskę z kupieckim szlakiem, z odległymi Miastami, z cudzoziemskimi, cywilizowanymi krajami.

Czy możliwe, że gdzieś tam, daleko, pod błękitnym niebem, w cieniu pierzastych palm, nad brzegiem ciepłego morza, wciąż jeszcze żyje matka tego zakonnika?

Czemu nagle o niej myślę? Wszak niemal już zapomniałem o istnieniu tej kobiety – zastanowił się niespokojnie Ezra, odwracając głowę od Bogumiła. Światło uprawiało jakąś dziwną grę na jednym z tych lodowatych kamieni, leżących obok kapłana: wyglądał teraz jak… jak… wstyd powiedzieć… nie, to by mu nawet nie przeszło przez usta!

Co to za kamień, który nie poddaje się żelaznym młotom? Nigdy o takim nie słyszałem – zamyślił się brat Bogumił i dotknął dłonią potężnego głazu.

Kamień nadal był ciepły i Bogumiłowi wydawało się, że pulsuje. Przyłożył do niego policzek, zamknął oczy i oddychał pełną piersią. Poczuł się nagle jak dziecko: był wolny i radosny, a przed sobą – zamiast ponurych czterech ścian celi, w której spędził dzieciństwo – miał ogromną, swobodną przestrzeń. Wydawało mu się, że biegnie, krzycząc ze szczęścia, a szczęściem tym była zielona, wspaniała Puszcza, przez którą wiodła lśniąca Kamienna Droga, prowadząc wprost w ramiona ojca. Czuł się silny, bezpieczny i pełen mocy, a pulsowanie kamienia przyśpieszało i wzmacniało bicie jego serca.

Lecz przecież to pulsowała tylko krew w jego żyłach, bo cóż innego? Ezra powiedział, że tu nic nie ma. Nic. NIC. Tylko ta Droga.

– Ojcze? – szepnął nagle, raptownie wstając i patrząc na ogromny głaz. Ezra otwarł oczy i spytał zdziwiony:

– Nigdy nie nazywałeś mnie “ojcem”…?

– Jakoś to słowo samo przyszło mi na usta – odparł spłoszony młody człowiek.

– Chodźmy, zimno tu. Od tych kamieni ciągnie lodowaty chłód. Mam dreszcze – otrząsnął się starzec.

– Zimno? Wydawało mi się, że te głazy są nagrzane jak… jak ciało – powiedział Bogumił, a Ezra spojrzał na niego surowo.

– Ciało jest do umartwiania, pamiętaj – przypomniał na wszelki wypadek.

Odchodzili wolno, a Bogumiłowi przez chwilę wydało się, że słyszy dziwny, głuchy, dudniący dźwięk:

– GRBDGHBWGZ…

– Słyszałeś, bracie Ezro…? Co to? – zaciekawił się.

– Echo. Tylko echo – odparł stary Ezra. – Echo siekier, ścinających drzewa na nowe miasta, pałace i świątynie. Mnóstwo coraz większych i coraz wspanialszych świątyń. Będą wszędzie, zobaczysz. Tu nie ma nic, ale pewnego dnia także i tu…

– Tu nie ma nic – przytaknął gorliwie Bogumił, oglądając się na potężne gruzowisko gigantycznych, omszałych kamieni. Przez chwilę jeszcze miał wrażenie, że największy z głazów powoli, łagodnie zafalował, tak jak faluje pierś oddychającego swobodnie człowieka, lecz była to tylko gra cieni, rzucanych przez ostatnie wielkie drzewa niegdysiejszej Puszczy.

Kraków, czerwiec 1997

Оригинальный текст книги читать онлайн бесплатно в онлайн-библиотеке Knigger.com