2/3 Sukcesu - Страница 34

Изменить размер шрифта:

– I pojadę z Karunią autobusem – dodała wyzywająco, tonem, który brzmiał jak groźba. I to również nie spotkało się ze sprzeciwem.

– Tylko nie zapomnij kagańca – powiedziała mamusia. – Pies w autobusie musi mieć kaganiec, taki jest przepis. I ubierz ją w kolczatkę.

– I weź ze sobą plan miasta – poradził tatuś. – A gdybyś się zgubiła, wsiądź w taksówkę i jedź do którejś babci. Każda zapłaci.

– Możesz także przyjechać do domu – dodała mamusia. – Tez zapłacimy. Ale rzeczywiście lepiej do babci, bo nas może nie być.

Karolina zdenerwowała się nagle.

– Sama wiem, co mam robić! Dosyć mam tej waszej opieki i tego pilnowania, zrób to, zrób tamto! Właśnie pojadę i wcale się nie zgubię! I już!

Pełna urazy, z godnością opuściła salon i udała się do swego pokoju. Rodzice popatrzyli za nią, usunęli się do najdalszego kąta i zaczęli szeptać.

– Nie do uwierzenia, że coś ją wreszcie ruszyło…

– Najwyższy czas! Niech nabierze odrobiny samodzielności!

– Zadzwonię do Violetty i spytam o tych Chabrowiczów…

– Te przedsiębiorcze dzieci, to może być czyste błogosławieństwo…

– O Boże, gdyby im się udało przełamać jej lenistwo…

– Temu chłopcu, co wybił szybę, gotów jestem lody postawić…

Nieświadoma poglądów rodziców, zbuntowana i odrobinę zaniepokojona Karolina czekała na powrót Stefka. Musiał wrócić, bo zły pies był mu przecież niezbędny!

Pani Polińska okazała się wręcz aniołem. Zrozumiała wszystko od razu i obiecała załatwić sprawę. Jedna czytająca pani miała prawo zabierać stosy korespondencji do domu i czytać u siebie, kłopot jednakże wynikał z ciężaru. Gdyby ktoś zatem pomógł tej pani przenieść wielkie torby z listami…

Stefek rozbłysnął własnym światłem. Już widział dla Czesia zajęcie, któremu z pewnością nie zdoła się oprzeć. Umówił się, ustalił dzień i godzinę, uzgodnił szczegóły i prawie zapomniał, że ma wrócić do Karoliny. Na szczęście przypomniał sobie o tym na pierwszym piętrze, zawrócił i popędził z powrotem do góry.

Karo zachowała się znacznie spokojniej, znała go już, nie był wrogiem. Tatuś Karoliny pogawędki o szybie odmówił, machnął ręką i poprosił, żeby mu nie zawracać głowy, pieniądze niech sobie Stefek zachowa na następne zawieranie znajomości. Karolina zdecydowała się od razu wyjść z psem na wieczorny spacer.

Na widok tego, co wyprawiała straszliwa suka z obcymi ludźmi na ulicy, Stefek wpadł w szaleńczy zachwyt. Nie czepiała się wszystkich bez wyboru, atakowała tylko niektórych, przy czym niemożliwe było przewidzieć, kto jej się spodoba, a kto nie. Jedne osoby przechodziły bez wrażenia, na inne rzucała się znienacka, wystarczyło też uczynić w czyimś kierunku gwałtowniejszy ruch, żeby natychmiast uznawała to za rozkaz ataku. Na szczęście można ją było powstrzymać i uspokoić, chociaż przychodziło to z pewnym trudem.

– Ona przedtem mieszkała we własnym ogrodzie – wyjaśniła Karolina. – To znaczy, to był w ogóle taki duży ogrodzony kawał. I to wszystko było jej, nikt nie miał prawa tam wejść, więc teraz ona uważa, że wszyscy chodzą za blisko. Ale w przyszłym roku znów przeniesiemy się do własnego ogrodu i będzie spokój.

– Znaczy, znów nikt tam nie będzie mógł wejść? – upewnił się Stefek.

– Nikt. Tylko znajome osoby. Pokaż mi, gdzie mieszka ten Czesio.

Przeszli na sąsiednią ulicę i Stefek zaprezentował właściwe drzwi do budynku. Karolina oceniła teren pozytywnie.

– Możemy się umówić – zaproponowała łaskawie. – Ja tu przyjdę z nią i poczekam, i będę udawała, że nie mogę jej utrzymać. Tylko musisz mi powiedzieć, kiedy.

– Wszystko się zorganizuje, jak trzeba – zapewnił Stefek. – I jeszcze pokażę ci Czesia, żeby nie padło na niewinnego. Ja nie wiem, ale zdaje się, że ten wasz pies to będzie lepsze niż wygrana w totolotka!

Błogość przepełniała go po dziurki w nosie, bo nie tylko widział przed sobą szansę na liczne, wygrane batalie. Wiedział też dokładnie, z czym musi natychmiast popędzić do niebiańskiej istoty i jej brata. Miał informacje epokowe…!

* * *

Telefon od pani Piekarskiej przyjęła Janeczka zaraz po powrocie ze szkoły.

– Jestem bardzo dumna z siebie – zawiadomiła pani Piekarska tajemniczo. – Chciałabym, żebyście do mnie przyjechali jak najprędzej. Kiedy możecie?

– Bo co się stało? – spytała Janeczka, odstawiając tornister na podłogę i pośpiesznie usiłując sobie przypomnieć, ile lekcji ma dzisiaj Pawełek.

– Aż się boję mówić przez telefon – odparła pani Piekarska – ale, oczywiście, chodzi o znaczki. W ogóle o tę całą sprawę. Nastąpiła duża zmiana.

Janeczka poczuła rozkwit emocji.

– W takim razie przyjdziemy dzisiaj – zadecydowała. – Tylko nie wiem, o której godzinie, ale pewnie zdążymy o piątej.

– Doskonale, będę na was czekała…

Ponowny terkot telefonu rozległ się dokładnie w momencie, kiedy Pawełek wpadł do holu. Ściągając tornister z pleców jedną ręką, drugą podniósł słuchawkę. Dzwonił pan Lewandowski.

– Dowiedziałem się już całej reszty o synu pani Nachowskiej – rzekł bez wstępów. – Głupia sprawa. Chciałbym to z wami omówić.

Zanim Janeczka zdążyła wyjść ze swego pokoju i bodaj otworzyć usta, Pawełek uzgodnił wizytę na piątą. Odłożył słuchawkę i ujrzał, jak jego siostra gwałtownie puka się palcem w czoło. Zaniepokoił się.

– Co jest?

– Mógłbyś chociaż spojrzeć! – zdenerwowała się Janeczka. – Przecież jestem! Jak ja się umawiałam, to ciebie nie było!

– I co?

– I na piątą umówiłam się, że przyjdziemy do pani Piekarskiej! Tam się zrobiło coś ważnego!

– O kurczę… To co…?

– Przecież się nie rozszarpiemy na sztuki!

– Czekaj, to może zadzwonić…? Przełożymy godzinę! Gdzie…?

– Do pana Lewandowskiego. Przed chwilą z nim rozmawiałeś…

Pana Lewandowskiego jednakże w domu nie było, nikt tam nie podnosił słuchawki. Uświadomili sobie, że są jeszcze godziny pracy i pana Lewandowskiego w domu być nie może. Dzwonił zapewne ze swojego instytutu, a tam telefonu nie mieli.

– Przełóżmy panią Piekarską – zaproponował Pawełek.

Pani Piekarskiej również nie było. Musiała widocznie wyjść po rozmowie z Janeczka i mogła wrócić dopiero przed piątą. Nie było sposobu zmienić uzgodnień.

– Trudno, znów się musimy rozdzielić – powiedziała gniewnie Janeczka. – Ja pojadę do pani Piekarskiej, a ty do pana Lewandowskiego. Tylko żebyś potem wszystko dokładnie powtórzył!

– Ty też,

– Ja zawsze powtarzam dokładnie. Najlepiej będzie sobie pozapisywać. Może być w punktach.

– Dobra, zapisujemy. Z kim jedzie Chaber?

– Ze mną. Jestem pewna, że pani Piekarska spodziewa się wizyty z psem. Lepiej, żeby nie była rozczarowana, bo może się zniechęcić.

– W porządku, odwalmy obiad i co tam zdążymy. I jazda!

Pani Piekarska rzeczywiście spodziewała się psa i miała dla niego keks. Dumna, tajemnicza i pełna satysfakcji wprowadziła Janeczkę do pokoju i wskazała leżący na stole niewielki stosik.

– Proszę – powiedziała. – To jest to! Janeczka nie wierzyła własnym oczom, chociaż zrozumiała od razu.

– Jak to…?! – wykrzyknęła zaskoczona. – Klasery…!

– Ze znaczkami. To są właśnie te znaczki.

– Te znaczki od pani kuzynki? Od pani Spayerowej? Te ze spadku? Skąd pani je ma? Jakim sposobem?!

Zadowolona z wrażenia pani Piekarska rozłożyła na stole podniszczone klasery.

– Chyba zabrałam je przemocą – wyznała. – Prawie ukradłam. A może to było podstępem, nie jestem pewna. Możesz je obejrzeć.

Nieopisanie przejęta i wzruszona Janeczka otworzyła pierwszy z brzegu klaser. Wystarczył jeden rzut oka.

– Achchch…! – powiedziała tylko i powoli przewracała dalej grube, sztywne karty.

Znajdowały się na nich stare znaczki, które doskonale znała z reprodukcji i ze zbiorów dziadka. Powtykane dość nieporządnie, przemieszane ze sobą, czyste i kasowane, prezentowały właśnie to, o co chodziło. Pierwszą Polskę. Nie były ułożone w kolejności, starsze i nowsze przeplatały się ze sobą, między nimi trafiały się jakieś zagraniczne, dalej znajdowały się serie przedruków, niektóre byle jakie, a niektóre wręcz bezcenne. Janeczka dostała wypieków.

– To powinien obejrzeć nasz dziadek – oznajmiła stanowczo. – Widać, że to jest to, można sprawdzić w katalogu, ale tylko dziadek zna się na tym naprawdę porządnie. I jeszcze trzeba zobaczyć znaki wodne i obejrzeć wszystko przez lupę i sprawdzić, czy nie ma fałszerstw. Dziadek oszaleje z radości. Czy ja mu o tym mogę powiedzieć?

– Ależ oczywiście! Przecież właśnie po to je zabrałam! Ja też uważam, że przede wszystkim powinien je obejrzeć wasz dziadek.

– A jak pani to zrobiła? Niech pani opowie! Pani Piekarska westchnęła z satysfakcją i równocześnie z lekką skruchą.

– To wy mnie natchnęliście. Nasunęliście mi pomysł. Nie wiedziałam, ile tam tego jest, ale na wszelki wypadek zabrałam z domu trzy stare klasery z byle jakimi znaczkami…

– Tych jest cztery – zauważyła Janeczka.

– Ale bardzo podobne do moich. Też stare i dość cienkie. Całe szczęście, bo grube byłyby dla mnie za ciężkie. Umówiłam się tam z tymi innymi osobami prawie przemocą, wcale nie chcieli, ale powiedziałam im, że tam są pieniądze. Że sobie o tym przypomniałam. Więc oczywiście przyjechali, z tym, że tylko po jednej osobie. Była matka chrzestnego syna, zięć szwagierki i sąsiad. No i ja. Razem mieliśmy wszystkie klucze. Powiedziałam im, że kiedyś moja kuzynka chowała pieniądze pomiędzy książkami, przypomniałam sobie o tym dopiero teraz i uważam, że trzeba to sprawdzić. Od razu rzucili się na książki, a klasery stały na takiej półce obok. Nawet im je pokazałam i powiedziałam, że to należy do mnie, zajrzeli do nich, ale nikt z nich nie ma pojęcia o znaczkach. Udawałam, że je przeglądam, potem wyjęłam moje, te co przyniosłam i zamieniłam na tamte. I teraz stoją tam trzy moje klasery, a ja mam tutaj te po kuzynce. Nikt na to nie zwrócił uwagi, bo wyobraź sobie, rzeczywiście pomiędzy książkami znaleźli pieniądze. Wcale nie wiedziałam, że tam są.

Оригинальный текст книги читать онлайн бесплатно в онлайн-библиотеке Knigger.com